Kirgistan – Odmiana przez przypadki

W Kirgistanie żyje się tak: najpierw trzeba wziąć ślub, a potem mieć dzieci. Najlepiej dużo. Dzieci to sens życia i szczęście. Potem córki trzeba wydać za mąż. Oby za jak najlepszą cenę. Synom zapewnić pieniądze na wykupienie przyszłej żony i postawienie domu dla własnej rodziny. Najmłodszy syn zostaje z żoną w rodzinnym domu, aby opiekować się starzejącymi się rodzicami. Powinien mieć dzieci. Najlepiej dużo.

Dlatego, gdy jedziemy przez kraj (we dwie, bo do Kirgistanu przybyła do mnie znów Agnieszka) ludzie zagajają nas tak:

– Dzieci są? Mąż jest? Nie?!!! To zaraz znajdziemy.

Cierpliwie rezygnowałyśmy ze swatów, choć kandydaci bywali prezentowani natychmiast. Poprzestałyśmy na zwyczajnych znajomościach. Wystarczyło. Były niebanalne.

Azizbek pije już drugi dzień. Siedzi w knajpie na obrzeżu lasu i szuka w sobie siły. Siła opuściła go nagle, gdy okazało się, że utopił fortunę w nieudanym interesie. Azizbek rozsypał się na tysiące drobnych kawałków, z którymi nie wie teraz, co ma zrobić. Wsiadł w taksówkę i wyjechał z dala od domu i rodziny, żeby skleić się znowu w jedną całość. Najbardziej boli go zraniona duma. Wie, że ludzie będą gadać. A przecież honor jest ważny. Pomimo napoczęcia czwartej flaszki kawałki jakoś do siebie nie przystają. Azizbek długo w noc patrzy w rwący nurt rzeki.

Nargiza przygotowuje tort. Bez tortu się nie obejdzie, bo to urodziny jej brata. Na gazowej kuchence upiekła na patelni cienkie placki, które przekłada teraz jajeczną, słodką masą. Napis będzie z pokruszonych resztek ciasta. Nargiza siedzi w jurcie na wysokości 2500m n.p.m. i musi sobie jakoś radzić. Razem z rodzicami jest ich dziesięcioro. Co roku spędzają dobre cztery miesiące wysoko w górach, pasąc konie. Jurty są dwie, żeby wszyscy mogli się pomieścić. Są wysłane kolorowymi dywanami i przytulne. Stoją w nich cebrzyki z kumysem, w których ktoś od czasu do czasu zamiesza i blaszane piecyki, bo nawet latem noce bywają chłodne. Cała rodzina funkcjonuje jak dobrze naoliwiony mechanizm. Ktoś pilnuje koni, ktoś doi klacze, ktoś sprzedaje kumys przy drodze, ktoś gotuje, ktoś opiekuje się młodszym rodzeństwem, ktoś nosi wodę ze strumienia, ktoś rąbie drewno na opał. Nie są tu sami. Cała dolina zakwita latem białymi jurtami, wokół których swobodnie biegają niezliczone stada koni, owiec i kóz. Wśród soczystej zielonej trawy i pod błękitem nieba ta przestrzeń przypomina jakiś zapomniany kawałek raju.

Gospodarz napisał swoje imię tak niewyraźnie, że trudno jest odcyfrować cyrylicę. Dlatego nazywamy go po prostu naszym gospodarzem. Gdy spytałyśmy o możliwość noclegu, nasz gospodarz był czarny od smaru. Reperował auto w przydomowym warsztacie otoczony grupką mężczyzn. Zgodził się jednak natychmiast i rzuciwszy wszystko, zaprowadził nas do domu. Pokazał nam pokój, łazienkę, wytłumaczył, z którego kurka płynie gorąca woda i zaprosił na kolację. Wieczorem spędzimy długie godziny na rozmowie łamaną ruszczyzną. Potem co kilka dni będzie dzwonić, pytając, gdzie jesteśmy, czy wszystko w porządku i czy aby upał za bardzo nie doskwiera. Nasz gospodarz nie jest jednak specjalnym fenomenem w tej części świata. Gościnność w Azji środkowej to rzecz święta. Dziesiątki razy w ciągu dnia zaczepiają nas ludzie, ciekawi tego, skąd jesteśmy. Zagadają, dadzą chleba, miodu czy jabłek, zaproszą na herbatę albo na obiad, pomachają z pola albo zatrąbią z auta. Wiecznie życzliwi i przychylni. Mają wychodki w polach, rozklekotane auta i złote zęby. W naszej części świata wydajemy się sobie dużo lepsi niż oni. Błąd.

Policjant, z którym ucinamy sobie przyjacielską pogawędkę, zapytany o to, skąd bierze pieniądze, rozkłada ręce w geście, jakby tłumaczył dziecku, że dwa plus dwa to cztery i mówi:

– Od ludzi.

Oczywista oczywistość.

Ulugbek nie je i nie pije od świtu do zmierzchu, bo właśnie zaczął się ramadan, muzułmański miesiąc postu. Znika w swoim pokoju, żeby pięć razy dziennie odmówić modlitwę. Temperatura sięga 40 stopni, ludzie zasiadają w ulicznych knajpach, bo postsowiecki Kirgistan nie jest krajem specjalnie religijnym, a Ulugbek wytrwale sprząta po śniadaniu, które zjedli hostelowi goście. Nie jest bardzo rozmowny. Zapytany, wyznaje, że religią zainteresował się w wieku 12 lat, gdy do Kirgistanu przybyli szerzyć wiarę Arabowie.

Latem Sasza może sobie dorobić. Pracuje jako kierowca i mechanik dla agencji turystycznej, obwożącej turystów po Kirgistanie wielkimi, terenowymi jeepami. Saszy potrzebne jest dodatkowe źródło dochodu. Pensje są tu niewysokie, a Sasza ma wnuczkę, o którą musi zadbać. Wnuczka urodziła się z porażeniem mózgowym, nie ma jej gdzie posłać na terapię, a jej ojciec odszedł. Sasza swoją wnuczkę bardzo kocha. Gdy finanse na to pozwalają, wozi ją do moskiewskich lekarzy. Na co dzień opłaca prywatną terapeutkę, a to przecież całe 20$ za godzinę.

Sajna uśmiecha się szeroko niepełnym składem uzębienia i wyznaje radośnie, że jest wolna. Pogoniła męża-pijaka i nie musi się teraz już niczym przejmować. Chodzi w dziurawej koszulce i robi, co chce. Prowadzi knajpę, w której prawie nie ma, co zjeść. Czasem przyjadą ludzie z własnym prowiantem, który Sajna dla nich ugotuje. Wśród stołów raczkuje, powłócząc lewą nogą jej półtoraroczny wnuczek. Nieopodal rośnie sobie dzika marihuana, a córka Sajny przyjmuje w kuchni panów, o potrzebach innych niż kulinarne. Wieczorem Sajna tańczy na podwórku do ruskich hitów, bo Sajna to osoba, która posiada ten luksus, że ma wszystko i wszystkich głęboko w dupie. Ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Skomentuj, łatwiej mi będzie jechać pod górkę

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.